Skocz do zawartości

Zdjęcie

Co ostatnio skończyłem/skończyłam?


  • Zaloguj się by odpowiedzieć
9820 odpowiedzi na ten temat

#9751 Hellmans Napisany 25 październik 2021 - 10:51

Hellmans

  • Forumowicze
  • 12030 Postów:

Polecałeś mi to!


  • 0

#9752 Schrodinger Napisany 25 październik 2021 - 10:52

Schrodinger

  • Moderatorzy
  • 64458 Postów:

Żebyś nabił gejskora bo kurwa obecny miesiąc u Ciebie to porażka, a zostało 7 dni, a ja nie powiedziałem ostatniego słowa! 


  • 0

#9753 burnstein Napisany 25 październik 2021 - 10:53

burnstein

    ostatni król forumka

  • Reformatorzy
  • 48722 Postów:

Fajnie macie na tym xboksie.


  • 0

#9754 Schrodinger Napisany 25 październik 2021 - 11:09

Schrodinger

  • Moderatorzy
  • 64458 Postów:

Tak, teraz odpalam Psychonauts 2 za darmoszkę 


  • 0

#9755 Schrodinger Napisany 01 listopad 2021 - 01:05

Schrodinger

  • Moderatorzy
  • 64458 Postów:

Skończyłem Metroid Dread, fajna w miarę krótka gierka, parę razy się zgubiłem, trochę konsola leżała włączona, pewnie miałbym z 11-12h jakbym tylko grał. W każdym razie solidna giereczka, takie 8,5/10 wystawiam, wszystko jest fajne i spoko, nic nie męczy, walki z bossami satysfakcjonujące, ale z drugim bossem to się męczyłem dłużej niż z ostatnim bossem, który padł za 6-7 podejściem prawie bez straty życia :olo: 

 

To ciągle nie Hollow Knight, kiedy kurwa ta druga część 

 

yT7IZzm.jpg


  • 0

#9756 drAKul Napisany 01 listopad 2021 - 12:55

drAKul

    Dante

  • Forumowicze
  • 1688 Postów:
Donut County - spox indyk o przemieszczajacej sie coraz wiekszej dziurze wchlaniajacej kolejne przedmioty, postacie i rzeczy. Takie gorsze i krotsze katamari damacy. Bonus points za fajne creditsy (lubie takie rzeczy). 7-
  • 0

#9757 Cudak Napisany 02 listopad 2021 - 13:31

Cudak

    cześć

  • Forumowicze
  • 25591 Postów:

Psychonauts 2. Cholera, co za fantastyczna gra, dawno (a chyba raczej nigdy) nie grałem w tak dobrego, nasączonego niesamowitą ilością kreatywności, świetnie napisanego, poruszającego ciężkie tematy jak m. in. depresja czy alkoholizm, ale jednocześnie pełnego dobrego humoru platformera. Ta gra ma to wszystko i w dodatku broni się jako platformówka. Nie grałem w jedynkę, ale wstęp wszystko prosto i ładnie tłumaczy, więc nie uważam za jakąkolwiek barierę pominięcie pierwszej części przed startem dwójki. Ogólnie sam szkielet rozgrywki jest po prostu bardzo solidny i zadowalający, gra jest responsywna, elementy platformowe raczej proste, ale dające satysfakcję, umiejętności różne i progresja bohatera dobrze rozłożona. Jedyny taki większy minus to walka i bossowie, mamy kilka różnych opcji jeśli chodzi o pojedynki, przez całą grę pojawiają się nowi wrogowie wymagający nowego podejścia, ale momentami wszystko robi się chaotyczne, mało przyjemne i kilka razy zdarzyło mi się zginąć bo doszło do jakiegoś totalnego zamieszania, że już nie wiedziałem co się dzieje. Wszyscy bossowie (po za ostatnim) to jest ten sam schemat, jak na grę która w każdej minucie prezentuje fantastyczny poziom kreatywności, ciekawych pomysłów i humoru to ten element niestety wypada słabo. Bossowie mają potencjał, tak kreatywność tam jest, humor też, ale koniec końców każda walka sprowadza się do praktycznie tego samego. A ostatni pojedynek w grze to niestety jeden wielki zawód.

 

No ale cała reszta to złoto. Warstwa stylistyczna może każdemu nie podejść, ale jeśli to nie jest problemem to kurrrr, świetna przygoda. Każdy kolejny poziom który odwiedzamy to kopalnia fantastycznych pomysłów. Dawno tak bardzo nie mówiłem wow kiedy tylko wpadałem do jakiegoś nowego poziomu i zacząłem obczajać różne detale związane z tematem przewodnim, zajebistość wylewa się z ekranu i ten element przez całą grę trzyma się niesamowicie mocno. Zdecydowanie bardziej satysfakcjonujące doświadczenie niż po prosty wybitna grafika i różne efekty. No i to jak napisana jest gra też zasługuje na przyklaśnięcie, rzadko się trafia na tak świetny balans między absurdalnym momentami humorem, a przedstawieniem problemów różnych bohaterów. Jest się z czego pośmiać, ale do każdego tematu DF podeszło z dużym szacunkiem. 

 

Jedna z lepszych giereczek jakie odpaliłem w tym roku, a że przecież wisi na passie za 4 złote to już w ogóle żal nie dać szansy. :tak:


  • 9

#9758 Tynio Napisany 03 listopad 2021 - 10:23

Tynio

    Big Boss

  • Forumowicze
  • 4187 Postów:

Skończyłem ostatnio Calstlevanię na GBA i to  200% :)

 

tCrRG7C.jpg

 

3Ye6F0W.jpg

 

Niestety, ale 2-3 razy musiałem się posiłkować netem bo miałem mega problem z dojściem do pewnej lokalizacji i okazało się że Konami zjebało sprawę, zamieniając przyciski w sterowaniu nie jesteśmy w stanie zrobić "podwójnego wykopu w górę" 

Ciekawe czy poprawili to w wersji na PS4/Switch 

 

Gra jest do rozwalenia w 5-6h jak się robi runa, ale ja chciałem wszystko znaleźć i wymaxować tym bardziej, że jest tu kilka zakończeń.

 

Warto zagrać, no i nie trzeba teraz płacić ponad 300 zł za samą gierkę. 

 

 


Ten post był edytowany przez Tynio dnia: 03 listopad 2021 - 10:27

  • 2

#9759 oranje Napisany 06 listopad 2021 - 23:41

oranje

    15-2-0

  • Forumowicze
  • 13563 Postów:
Alan Wake. Prawie cała gra zrobiła bardzo pozytywne wrażenie. Niestety ostatni rozdział był słaby. Głównie przez to, że większość czasu się przemieszcza za pomocą samochodu, a tutaj model jazdy jest fatalny + samo zakończenie jest wg mnie słabe. Nic nie wyjaśnia i pozostawia niedosyt.
  • 0

#9760 Kazuo Napisany 07 listopad 2021 - 00:18

Kazuo

    casual

  • Forumowicze
  • 15892 Postów:

No i brak bossów przez całą grę, mogli się trochę bardziej pod tym względem wysilić. 


  • 0

#9761 ndl Napisany 20 listopad 2021 - 02:43

ndl

    Pikachu

  • Narybek
  • 57 Postów:

*
POPULARNY POST!

In my restless dreams, I see that game. Ostatni kwartał gierkowy i zakończenie roku tuż tuż, okres świąteczny się zbliża, Coca - Cola już z mikołajem, czas przyśpieszyć ten gaming, znowu się nazbierało, robię się zbyt leniwy ostatnio na wrzucanie czegoś konsekwentnie w mniejszych ilościach, a sobie wymyśliłem, że choćbym szpagaty musiał robić to będzie opisane. Wybaczcie za ścianę tekstu.
 
1. Blood Will Tell (Playstation 2) – Osamu Tezuka, nazywany dzisiaj ojcem, dziadkiem, bogiem czy japońskim Waltem Disneyem mang (zależnie od fascynacji jego twórczością przez fanów) swego czasu (1967 rok!!) stworzył serię o podróży pewnego chłopka o imieniu Hyakkimaru i jego „kompana” Dororo, manga którą śmiało można zaliczyć do kanonu japońskich komiksów, często reinterpretowana i odrestaurowywana, zarzucana co kilka lat w nowej formie, czy to w rimejkach mang, czy to w anime, a nawet i w sztuce teatralnej - z potężnym wpływem twórczym na przyszłych artystów w Nipponie.
 

Dororo_manga_1.png

 

Historia opowiada pokrótce o losach Hyakkimaru, którego części ciała zostały ofiarowane 48 demonom zaraz po urodzeniu, w zamian za nazwijmy to... dobra (nie)naturalne jak władza, dobrobyt i inne te pierdoły okołoziemskie. W tle narzucająca bardzo istotne pytanie, czy poświęcenie jednostki dla dobra ogółu może zostać w jakikolwiek sposób usprawiedliwione za pomocą praw moralnych, etycznych i innych abstraktów, które myśl ludzka rodziła od zarania dziejów. I co się stanie, kiedy ta jednostka wyjdzie naprzeciw swemu losowi i w ferworze buntu spróbuje odzyskać co jego (tak mocno kipiący motyw egzystencjalizmem). Uwielbiam tę historię. Ekipa z Segi i Red Entertaiment również musiała ją uwielbiać, bowiem przełożenie tego dzieła na grę wideo wyszło im naprawdę dobrze. Nie pytajcie w jaki sposób chłop, któremu oddano 48 części jego ciała wyszedł z tego cało i wraca się mścić, bo to nieistotne, ważne że wraca i musi ubić hordę paskudnych bestii żeby je odzyskać. W tym wszystkim pomoże mu kompan o imieniu Dororo, nastoletni złodziejaszek, który jak się okaże będzie miał do odegrania równie istotną rolę w całej podróży.
 
20210520_205236.jpg
 
Blood Will Tell skupia się w większości na sztuczce z odzyskiwaniem ciała i wokół tego twórcy zarzucili pętle narracji oraz gameplayowi. Misja za misją, z krótkimi arenami (z paroma wyjątkami), gdzie czekają na nas do ubicia standardowi przeciwnicy oraz główny boss plus opcjonalni bossowie poukrywani po arenach. Bingo! Mamy tutaj wielu opcjonalnych szefków, często nie do odkrycia za pierwszym przejściem, a po każdej misji (pokonaniu demona) odzyskujemy jakiś kawałek własnego ciała, nawet pierwsze misje są w kolorystyce czarno-białej, aby pokazać że nasz protagonista nie widzi o własnych siłach. Twórcy bardzo dobrze wykorzystali motyw odzyskiwania własnego Ja wrzucając nas w mechaniki po części slashera (ale bez jakichś tam rewelacji) z mechanikami RPG. Każda odzyskana część podnosi statystyki naszego bohatera, przez co stajemy się z misji na misję silniejsi, odblokowujemy co chwila nowe ciosy, ruchy i podnosimy poziom postaci, zmienia się nawet odbiór samego otoczenia (np. wracają kolory). Przez co końcówka gry z dopakowanym już protagonistą to zupełnie inna bajka niż niemrawy początek. W samej mechanice walki nie ma tutaj za wielu rewelacji, ale można pochylić się nad jednym świetnym patentem... którego za wiele nie używałem przez całą grę i o małe co w true endingu nie połamałem palców, bowiem tam owa mechanika będzie konieczna i to w formie już wymasterowanej, nielubiącej pomyłek. Oprócz mniej więcej standardów w gatunku, czyli dasha, ataku lekkiego i ciężkiego oraz kilku tam możliwości użycia przedmiotów dostaniemy właśnie możliwość wyprowadzenia serii ciosów na zestunowanym przeciwniku, wygląda to w taki sposób, że odpala się animacja (taka biedna wersja ciachania w znanemu szerszej publiczności Metal Gear Rising) w której nasz bohater szatkuje przeciwnika swoją kataną, a my w tym czasie aby przedłużać daną sekwencję i zadawać jak największe obrażenia z mnożnikiem combo musimy wciskać odpowiednie przyciski pojawiające się niżej na ekranie w stylu QTE. 
 
20210602_231739.jpg
 
Ostatni boss przez swoją sekwencję takiego wykończenia staje się nie lada wyzwaniem... i bardzo dobrze. Cała gra podzielona jest na dwie przeplatające się wzajemnie ścieżki, z jednej strony ciśniemy Hyakkimaru, z drugiej Dororo, i w przypadku Dororo gierka nabiera akcentu platformera, co jest fajną odskocznią od hasiania Hyakim. Przy tym mamy tam kilka łamigłówek i możliwość odnajdywania fajnych broni dla naszego silniejszego kompana. A po ograniu gierki (w 100%) odblokuje się dodatkowa mini gra z odnajdywaniem pewnego skarbu, w której przejmiemy rolę wyłącznie nad Dororo, kto oglądał anime albo zna historię napisaną przez Osamu Tezukę, ten mniej więcej wie o czym piszę, za przejście minigierki odblokowujemy przepiękne arty, i naprawdę warto poświęcić te 2h jeszcze żeby ją rozegrać. Naprawdę udana adaptacja mangi w grach wideo, nie spaprali chłopaki nic a nic, a wymaksowałem ją z przyjemnością, sztos!
 
20210603_001121.jpg
 
2. Virtua Fighter 5: Ultimate Showdown (Playstation 4) – You're ten years too early! Ponad 4 miesiące byłem odurzony. Ta gierka wprowadziła mnie w wyższy stan uzależnienia, prawdopodobnie przez brak możliwości pogrania dotychczas w jakiegokolwiek VF multiplayerowo i potężne jaranko historiami o graczach z Azji, legendach, plotach i całym tym galimatiasie otoczkowym, z którego słynie Virtua Fighter. Często wyobrażałem sobie jak schodzę do zatłoczonego baru w Seoulu, gdzie zbierają się największe kozaki z rejonu, dosiadam automat i niszczę moją potężną Pai kolejkę śmiałków w wyzwaniu Kumite. Legenda głosi, że największym kozakom Virtua Fighter w Japonii i Korei kłania się na ulicach, oddaje im żony i kochanki oraz stawia ołtarzyki. Ten majestat i szlachetność ma odzwierciedlenie w samej mechanice VF, pięknie zazębiając i zamykając niekończący się bieg natury w świecie wirtualnego wojownika. Klasa, oziębłość, wytrawność. Brak jakichkolwiek strzałów z laserów, kosmicznych kombosów w postaci przerywników filmowych/animacji, po prostu szybka piłka, arkejdowa rozgrywka, szachowe spotkanie doprawione krztą kokainy, ja i ty, trzy rundy, Are you Ready? Let's Fight! 
 
FDnhPxjXEAE9Mbr.jpg
 
Umiłowanie sztuk walki, miłosny list do zwykłego przechwytu, uderzenia z pięści, czy skomplikowanych kombinacji ciosów, finezja ruchów, taniec z diabłem rozumiejącym Ensei-Ken. Wielu odbija się od tej gry, nie jest tak dynamiczna jak reszta fighterów 3D, przynajmniej tych na topie, nie jest też tak widowiskowa z racji oddania z pietyzmem tego, czym sztuki walki są w rzeczywistości – finezją, siłą i techniką. Doświadczyłem również tego o czym mówi się w ciemnych uliczkach, że wielu szanuje VF, wielu też prawi piękne epitety w stronę serii Segi, ale mało kto w to gra, mało kto poświęci czas na naukę. Z jednej strony to wina Segi, która przez długi czas zamykała serię na automatach, kiedy mówimy o rywalizacji i multiplayerowej scenie, a idąc tym tropem zamykała również serię w okowach Azji, skupiając się na Japonii, gdzie arcade nie umarł tak nagle jak np. w Europie. Co do magicznej „Piątki”, to tak naprawdę remaster nastawiony na Esport, i już tutaj Sega pokazała środkowy palec nie wprowadzając odpowiedniego online kodu, przez co zamiast udostępnić walkę w godnych warunkach z graczami na całym świecie, swoim pokrętnym myśleniem zamknęła ich we własnych regionach (tylko z ludźmi w Europie będziesz miał zielony pasek połączenia, Ameryki to w większości żółte paski – średnio się gra, ale zjadalnie, Azja to już czerwone i mimo że czasami uda się z kimś zagrać, to w większości odrzucają walki, bo nie chce im się gubić klatek czy co tam). Krytyka w tę stronę okazuje się słuszna i raczej ciężko zachęcić do VF kogokolwiek, kto nie był napalony na tę grę jak ja na kobietę po kilkunastu latach oglądania porno za dzieciaka i gazet z pięknymi paniami, wchodząc w końcu w fazę pewnej nazwijmy to – dorosłości. Moja onlineowa inicjacja była niczym pierwszy stosunek, wstydliwy, pełen niewiedzy, braku pewności i... szybki, dostałem w pierwszym spotkaniu od razu zniszczony jak się później okazało przez jednego z lepszych graczy w Europie. Później już szło z górki, coraz więcej pewności siebie, powolne uczenie się Pai, zasad gry, fundamentów, praktykowanie combosów i godziny spędzone w treningu. Moja przygoda rankingowa była intensywna, pełna porażek i prób złamania mnie, ale taki jest trening w sztukach walki, tylko najsilniejsi będą w stanie opanować technikę, której się uczą.
 
FDnfGW7X0Aw4H14.jpg
 
Po czterech miesiącach ponad bojów, dzień w dzień po kilka godzin, zarwanych nocek, grożeniem rozejściem ze strony białogłowej i lewych L4 oraz zaniedbaniu roboty w końcu się udało, wbiłem mistrzowską rangę, w ten dzień ziemia zatrzymała się, a ja zrozumiałem czym jest Ensei – Ken. To jedna z najintensywniejszych przygód z gamingiem w mojej skromnej historii, coś co zaczęło rzutować na jakąkolwiek inną bitkę i pozwolić w końcu docenić to czym jest Virtua Fighter od kolebki – najlepszą bijatyką 3D w historii, która niczym kochanka przyciąga (swoją urodą – mechaniką, otoczką i odrzuca jednocześnie swoim zachowaniem poza łóżkiem – wystawieniem środkowego palca w stronę graczy spoza Azji). Udało się zagrać z legendami i najlepszymi graczami z całego świata, ugrałem Paza, rozegrałem świetny set z Homestay Akirą, czy Ikebukoro Sarah, rozegrałem magiczne sety jak równy z równym z legendarnym Puutą, dorwałem Itazana, w Europie spotkałem się ze ścianą nie do pokonania aktualnie jaką jest Farfallista, gość jest bogiem tej gierki i wg mnie może śmiało ruszać na podbój Japonii, z USA udało się ugrać kilka walk z HimaJeanem, pokazać gdzie raki zimują z Shidoshą, czy zmiażdzyć Tricky Eillen, każde spotkanie z prosami to było wydarzenie, które nadawało sensu istnienia i wstrzykiwało odpowiednią adrenalinę w żyły żądne krwi. Mimo, że wbiłem top Pai w Europie i dotarłem do pierwszej 50 na świecie, nie jestem żadnym prosem i ranking nie ma w ogóle odzwierciedlenia do tego na jakim poziomie jestem, wystarczyło spotkanie z kimś grającym  konkursowo/konkurencyjnie i leżałem niszczony na łopatkach znając swoje miejsce. Chociaż w jednym z turniejów organizowanych przez Razera dotarłem do półfinałów, to było tam więcej szczęścia niż rozumu. Mimo wszystko Pai opanowałem do perfekcji, wbiłem około 600 h w gierkę i nic a nic się nie zawiodłem, społeczność VF to jedna z najlepszych społeczności z jaką miałem styczność, pełna rad i typowej radości z grania w daną grę, ale również okazywanego szacunku. Chociaż znajdą się jak wszędzie ekscesy. Gdyby ktoś chciał pograć w VF5, jestem chętny, zawsze i wszędzie. 
 
3. Street Fighter III: W Impact – Capcom się nie bał i w końcu nową część mainline'u SF odimał, i to z pompą! Składanka W Impact to dwie części trzeciego strita, pierwsze wydanie na arkejdach, z podtytułem New Generation, które przedstawia zupełnie nowy roster fighterów obstawionych wokół tradycyjnego duetu Ken – Ryu. Bardzo odważna decyzja, postawić na zupełnie nową generację wojowników, która przedstawia się zadziwiająco wyśmienicie. New Generation to z odblokowanymi ukrytymi charakterami (Gill) wyłącznie 12 zawodników (w tym Yun i Yang pod jednym polem awataru więc można powiedzieć, że 11), ale jakich! Abstrahując od klasycznego duetu, świetny przecool grappler Alex, zwariowany wielbiciel zwierząt Oro, niepokorny duet obrońców Hong Kongu w postaci braci Yun i Yanga oraz magiczna, ninja uczennica (wtf?!), najlepiej oddająca mój preferowany styl walki – zwinna Ibuki, i to na nią postawiłem w przypadku mainowania pierwszego wydania Strita 3. Naprawdę genialnie animowane postacie, w ruchu wyglądają bajecznie i bardzo dobrze, że Capcom w tamtych latach jeszcze bał się i niepewnie wchodził w przypadku bitek w erę 3D, w 2D byli po prostu profesorami, a hardware w postaci CP System III dawał nieograniczony prawie potencjał w tej stylistyce.
 
20211106_213752.jpg
 
Świetne areny, szczególnie Alexa, z graffiti, genialna arena w Tokio, gdzie z jednej strony niczym w łaźniach myje się zawodnik Sumo, z drugiej strony stage'u piękne białogłowe przykryte pianą w okolicach okrągłości spoglądają na pojedynek, a pośrodku stoi zaciekawiony walką niedźwiedź! Takie miksy to same złoto. Jeżeli mówimy o mechanikach, wprowadzony zostaje wybór super artów, czy też super combo, które możemy wybrać po dobraniu charakteru, symboliczne 3 opcje na różne strategie walki otwierają interesujące mind games i na pewno w multi musiało to robić konkretną robotę. Dodajmy do tego gamechanger jakim jest parowanie, ryzykowne, ale jak mocno nagradzane, przy dobrym timingu i opanowaniu można kontrować jak szalony, przechodzenie z normalnego combo w super combo za pomocą cancelowania, ta gierka mechanicznie to szalona jazda bez trzymanki! Szkoda jedynie, że w wersjach na konsole, a przynajmniej w tej którą grałem na Dreamcaście nie ma za wiele contentu, trening, multi, szybki arcade z wyciągniętym niczym z starożytnej Grecji bogopodobnym Gillem (żegnaj panie Bison) na końcu to trochę za mało na zatrzymanie singlowo gracza na dłużej. Jednak narzekać na singiel w bitkach to zawsze krążenie wokół nadużycia krytyki, więc na tym zakończę. The Who potrafiło w swoich latach grać kawałek My Generation i zapewne wielu odnalazło swoją generację/pokolenie właśnie w tym nowym rosterze. Na minus charakter Necro, który bardziej pasuje do Darkstalkersów, niż do strita w mojej opinii, ale taka jest, była i będzie nowa generacja trójki.
 
20211106_213429.jpg
 
Na tej składance znajduje się również drugie wydanie Strita 3, z podtytułem 2nd Impact: Giant Attack, i wymownie przedstawia dwóch gigantycznych bohaterów w rosterze, jakimi są zbudowany niczym kulturysta Urien oraz niechlujny, lekko głupkowaty i naiwny jak dzieciak Hugo prowadzony do walki przez seksi Poison. Oprócz tego, wlatuje możliwość gry Akumą, a nawet pojawia się Shin Akuma przy odpowiednio spełnionych warunkach podczas przechodzenia arcade. Dodano tryb odbijania piłeczki siatkowej rzucanej przez Seana, dzięki czemu można ćwiczyć parowanie (fajna mini gierka), pojawia się ona w menu jak i jako przerywniki między walkami w arcade. Dorzucono również przy odpowiednio spełnionych warunkach pokonywania przeciwników motyw z dedykowanym challengerem, pojawia się w połowie mniej więcej arcade po spełnieniu warunków napis, new challenger come! I krótki dialog zwiastuje dodatkową walkę, każda postać ma innego przeciwnika. Z tego co zauważyłem dochodzi mały lifting aren, Dudleya arena nie jest wyłącznie w deszczu, a przy budce telefonicznej pojawiają się punki pokazujące środkowy palec podczas walki. 2nd Impact zwiastuje powoli to czym będzie definitywne wydanie magicznej Trójeczki Strita, ale o tym w następnych akapitach. It's time for new generation bejb!
 
20211106_230724.jpg
 
4. Gravity Rush 2 (Playstation 4) – Tomek, co ty najgorszego wyrabiasz! Krzyczała kobieta na balkonie z miną odzwierciedlającą największe przerażenie, blada i skonfundowana spoglądała właśnie na młodego mężczyznę wiszącego na ostatnim piętrze w bloku, trzymającego się rękoma wyłącznie ramek od balkonu i krzyczącego Matko, potrafię latać!! Na całe szczęście wszyscy wyszli z tego cało, a przyczyną tego incydentu był nie kto inny jak Kat z Gravity Rush 2. Sesja z zabawą prawami grawitacji, wszędobylska frywolność i nadzwyczaj przyjemna intensywność każdego lotu zwiastowała w wyobraźni gracza niesamowity potencjał do prób latania w rzeczywistości. Niestety tutaj króluje jednak Newton, nie Kat. Japan Studio i Keiichiro Toyama wykonali kawał genialnej roboty.
 
FDngisPXoAEAIn1.jpg
 
Lawirowanie między budynkami unoszących się w chmurach metropolii to clue całej gierki i rzadko spotyka się tak relaksującą i fascynującą jednocześnie mechanikę, która na początku wymaga lekkiej wprawy, aby potem otworzyć potężne zasoby potencjalności. Druga przygoda Kat to bezpośrednia kontynuacja pierwszej części z Vity, dopracowana, przygotowana już na „dużą” konsolę, wychodzi w latach, kiedy Japonia naprawdę dawała czadu na Playstation 4. Sporo zbieractwa, mini gierek, questów pobocznych, to chyba jedna z niewielu gierek z otwartym światem, w której przelizałem każdy kąt udostępniony przez deweloperów. Historia z moralizatorskiej i bajkowej potrafi się przeobrazić w sceny wyciągnięte niczym z filmów Cronenberga, szczególnie końcówka mocno zakorzeniła się w mojej głowie (coś wspaniałego i tak abstrakcyjnego w stosunku do reszty gry). Gravity Rush 2 mimo beznadziejnego dema okazał się naprawdę świetnym tytułem, a Kat śpiewająca to Kat potężna.
 
FDngc11WYAEqDwo.jpg
 
Kto by przypuszczał, że Toyama potrafi w inny gatunek niż horror. Warto było nadrobić ten tytuł i dać mu szansę, jest wyjątkowy w porównaniu do reszty biblioteki PS4, unikatowy i daje odpocząć od smutnych jak pyzda i efektownych na siłę AAA. Platyna była przyjemnością. Naprawdę wielka szkoda, że Japan Studio już nie istnieje, chociaż ekipa Toyamy jako niepodległy już deweloper wraca do swoich korzeni, czyli horrorów, więc może za jakiś czas doświadczę następnego sztosa z swojego ulubionego gatunku. Trzymam kciuki.
 
5. The Revenge of Shinobi (Sega Mega Drive) – Druga część legendarnego Shinobiego, w pewnym sensie maskotki Segi, to bigos nie tyle gatunkowy, co stylistyczny/dizajnerski. Przegięcie kiczu w postaci bossów ala Godzilla, Spiderman, Batman, a nawet Rambo czy Terminator miało zakorzenienie w inspiracjach swego czasu, a raczej wszystkiego tego co miał w głowie główny gość od gierki – czyli Noriyoshi Ohba, co ciekawe przez sprawy licencyjne wyszło potem kilka ocenzurowanych wersji, a remastery/reedycje są już bez większości rzeczy, które można zaobserwować w japońskiej wersji na SMD (rearanżacja Batmana, z Godzilli zrobili jakiegoś kościozombiedinozaura itd.). Z drugiej strony wciągający jak diabli tytuł, mimo niecodziennych mechanik i movemencie. Double Jump bardzo nieintuicyjny, ale po opanowaniu tak zbawienny dla całej przygody.
 
20210808_195145.jpg
 
Druga część Shinobiego jak nazwa wskazuje opowiada o zemście naszego bohatera, którą postaramy się dokonać za pomocą pada. Organizacja ZEED wraca, i nie bawi się w popierdółki, zabijają naszego mistrza i porywają naszą ukochaną Naoko. Joe Musashi, nasz protagonista wrukwiony jak diabli rusza w niebezpieczną podróż w celu odbicia ukochanej. Warto wspomnieć, że dizajn Musashiego z chociażby menu gry czy okładki japońskiej wersji inspirowany był aranżacją niedawno zmarłego Sonny'ego Chiby (znany szerzej jako Hattori Hanzo z Kill Billa) z serialu Shadow Warriors emitowanego w latach '80 w Japonii. Musashi wygląda prawie jak kropla w kroplę bohater tego serialu. Gierka jest wymagająca, nie lubiąca jak to bywa w 16 bitowych grach akcji błędów i nieznajomości mechanik. W większości skupiamy się na rzucaniu shurikenów, ale największe obrażenia daje jednak ciachanie kataną, które mimo potężnych obrażeń jest nie lada wyzwaniem w samym dotarciu do przeciwnika. Kataną jednak możemy też odbijać, bądź niszczyć większość lecących w naszą stronę shurikenów przeciwników, czy nawet amunicji z broni palnej. Walki z bossami potrafią wstrzykiwać adrenalinę i na każdego prawie jest przygotowany jakiś patent, sekwencja ruchów którą trzeba praktykować, aby nie zaliczyć zgona.
 
20210808_203612.jpg
 

Shinobi reprezentuje naprawdę ciekawe stylistycznie stage'e, szczególnie ten na dachu pociągu, w China Town pełnym neonów, czy ostatni labirynt, który przyniósł mi sporo kłopotów w odnalezieniu odpowiedniej drogi. Do tego, aby wbić true ending i uratować naszą ukochaną nie wystarczy pokonać wyłącznie ostatniego bossa, należy pokonać go w odpowiednim, krótkim czasie, co prowadzi do tego, że ostatnią mapę trzeba przejść najlepiej bez skuchy i z odpowiednimi power upami. Bez nich nie ma szans na rozwalenie szefka w danym czasie. To podnosi końcówkę gry do naprawdę wymagającego stopnia trudności, ale też nie na tyle aby było to niemożliwe. Mi się udało, więc pewnie każdy da radę. Oprócz zwariowanych bossów i świetnych stageów, co mapę czeka na nas genialne audio od Yuzo Koshiro, który dał radę tak jak w przypadku ikonicznej serii SMD – Streets of Rage. Kawałek Like a Wind to mocarz, cesarz odzwierciedlający zajebistość tej giereczki. Kocham w juch! Naoko... nie przejmuj się, shinobi idzie po Ciebie, like a wind niesiony duchem klanu Oboro.
 
20210814_103332.jpg
 
6. Street Fighter III 3rd Strike: Fight For The Future (Dreamcast) – po rozpykaniu dwóch poprzednich wersji trójeczki przyszedł czas na finalną wersję, w której zawalczymy o przyszłość serii. Nowa generacja wojowników rozszerza się... ale też mamy ukłon w stronę postaci z poprzednich serii, po milionach listów z pogróżkami od napalonych nerdów lecących w stronę bazy Capcomu wraca Chun – Li, która chyba nigdy nie była piękniejsza i... silniejsza. To co można nią wyrabiać dla takiego amatora Strita jak ja graniczyło z pojęciem broken shit as fuck. Oczywiście na moim poziomie, przecudownie gra się Chun w trójce i cisnąłem jak poimany po nocach robiąc kołowrotki i inne kopniaki chińską gwiazdą sztuk walki.
 
20210801_214057.jpg
 

Do tego dołączają świetne postaci jak Makoto, legendarny Q, którym cisnąłem ze względu na szacunek do mistrza Kurody, tego co zdarzyło mu się macać nastolatki i chodzić w obdartych butach będąc jednocześnie geniuszem trzeciego Strita i strzępiąc nerwy samego The Beast Daigo Umehary. Wspaniała gra mechanicznie, wspaniale rozwiązany tryb arcade, w którym pojawiają się na lineupie możliwości wyboru przeciwnika w następnej rundzie, świetnie rozbudowana zawartością. Jednak nie wszystko jest tutaj idealne, stage'e mimo wspaniałych wizualiów i dokładności oddania magii grafiki 2D, posiadają skazę w samej kolorystyce i często odnosi się wrażenie jakby któremuś grafikowi wylał się pomarańczowy/czerwony atrament na giereczkę. Arabskie dywany, aby odwzorować swoją idealność posiadały jedną małą intencjonalnie wyrobioną skazę, może i tak jest właśnie z Fight for the Future, kto wie.
 
20210801_214723.jpg
 
A może jednak to próba w pójście z duchem czasu i końcówką lat '90, Capcom chciał zapewne przyciągnąć jak najwięcej młodych, to też kolorystykę wprowadzał bardziej „cool”, idąc tym tropem spojrzeć można na audio, które zaskakuje raperskimi rytmami, djejską (niespotykaną dotąd chyba w serii) i uliczną zawieruchą wielkich metropolii. Ta gierka chce być cool jak mało kto, chce być młodzieżowa i efekciarska w każdym calu. I co najważniejsze wg mnie wyszło to świetnie, Fight for the Future to apogeum trójeczek, z swoimi wadami ale i nowościami, które chwytają za serducho. Dla tego wydania przygotowano też nowe endingi dla każdej postaci i wbijanie ich sprawiało sporo frajdy, póki co ostatnia część w historii Strita, każde następne nie prowadziły tego wątku dalej, więc może SFVI zrobi coś w tym kierunku. Chun – Li is back, prepare for your fight for the Future bejb!
 
20210801_205944.jpg
 
7. Twilight Syndrome: Investigation vol.2 (PSX) – druga część przygód niesfornych uczennic japońskiego liceum. Mika, Yukari i Chisato z swoimi młodzieżowymi problemami na karku, romansami z nauczycielami, zajawką na zjawiska paranormalne i historie przyprawiające o gęsią skórkę wracają z impetem! Tym razem czekają na nas trochę mocniej rozbudowane chaptery, w których o wiele łatwiej o bad ending. Historia rozpoczyna się od plot twistu z jedynki i mimo kilku skoków w bok fabularnie prowadzi ją można powiedzieć do samego końca. Ponownie uderza w mocne zjawiska społeczne, jak znęcanie się nad dzieciakami w szkołach, samobójstwa, kazirodztwo i inne tabu podobne tematyki.
 
20210829_005327.jpg
 
Dalej traktuje wszelkie maści duchów i zjawisk nadprzyrodzonych przedmiotowo, czyli zawsze jesteśmy w stanie zapobiec nieszczęściu za pomocą wiedzy folkloru, prawidłowo interpretowanych legend, czy kontaktując się z dziennikarzem piszącym dla gazety o zjawiskach paranormalnych, podoba mi się to ujęcie narracji i świetnie oddaje klimat, wyjaśniając, a przynajmniej próbując wyjaśnić to co nieokreślone standardowymi pojęciami. Jeżeli chodzi o gameplay, to dalej sprawdzanie pulsu naszych bohaterek, błądzenie po korytarzach szkoły, czy innych miejscówek, sporo czytania i praca suspensem w narracji. Jedyny plus w porównaniu do poprzedniczki, że japońskie krzaczki same się nie scrollują tylko czekają na naciśnięcie przycisku na padzie, dzięki czemu miałem mniejszy problem z tłumaczeniem i rozumieniem tego co się dzieje na ekranie, naprawdę szkoda że te tytuły nigdy nie dostały oficjalnego tłumaczenia i nie wyszły na zachodzie, mimo że są do bólu japońskie, warto się z nimi zapoznać, szczególnie dla lubujących horrory must play.
 
20210825_035714.jpg
 
Na końcu czeka nas niezły rollercoaster, a po ograniu fabuły odblokowuje się dodatkowy chapter, w którym maczał już na stówę palce Suda, robiąc z gierki jedno wielkie apogeum szaleństwa i niedomówień, makabry czekającej w przyszłości, przygotowując odbiorców na jego debiut reżyserski w serii jakim będzie Moonlight Syndrome i cała jego religia Kill the Past, z przyświecającym ciemną nocą księżycem w tle. Coś wspaniałego, były ciary na plecach, zapewniam! 
 
8. Phoenix Wright: Ace Attorney (Nintendo DS) – Z handheldami od Ninny mam tak potężne zaległości, że sam do końca nie wiem czy płakać z tego powodu czy po prostu się smiać, w większości z systemów które mam zamiar nadrabiać przeprowadzam odpowiednie rozeznanie, podpytuję ludzi o rekomendację i wybieram swoją kolekcję do ogrania na podstawie odrzutów po wstępnych opiniach/gameplayach. Z Phoenixem nie było żadnych zawahań, te gierki po prostu trzeba nadrobić i tak też w tym roku się zaczyna dziać. Przeportowana z GBA wersja dostaje oczywiście dodatkowy, świetny chapter, a sama gierka to przerysowana historia prawnika z ikonicznym i kultowym Objection!.
 
20210905_153000.jpg
 
Przecudowna giereczka, Shu Takumi to cesarz. Świetnie zaimplementowany visual novel z przygodówką, czy nawet point'n'clickiem z niezwykle satysfakcjonującym łamaniem zeznań świadków i podejrzanych. Wspaniale było wyciągać brudy w sądzie, podanym w lekko humorystyczny sposób na pierwszy rzut oka, aby uderzyć mocnymi myślami nawiedzającymi nas w przypadku litery prawa od wieków. Wciągnęła mnie jak bagno i przez kilka tygodni krzyczałem do dziewczyny Objection niczym poyebany nastolatek. Sprawy coraz mocniej rozbudowywane, świetny charakter prokuratora, tutaj każda główna postać daje czadu i nawet bezradny w większości sytuacjach i trochę głupkowaty główny detektyw z wydziału policji pasuje do klimatu w zupełności. Mam nadzieję że w tym roku wleci jeszcze Justice for All, a może i uda się zatańczyć z całą trylogią, żeby na spokojnie wskoczyć w składankę Chronicles wydaną niedawno na nowych konsolach. There must be the truth hidden in your mind. 
 
20210829_220750.jpg
 
9. Real Bout Fatal Fury Special (Sega Saturn) – druga część serii Real Bout, która śmiejąc się powstała tylko po to, żeby przywrócić Geess'a Howarda do żywych. 24 postaci w rosterze, i oprócz jednego grubego każda niezwykle ciekawa i wciągająca gameplayowo. Port na Jowisza to dzięki dodatkowemu kartridżowi z ramem wersja odzwierciedlająca czysty kod z NEO GEO, pozostawiając dwuwymiarową walkę, czyli przeskakiwanie na tła stage'ów. Patent wydający się wstępnie przekombinowany, okazał się niewiarygodnie dobry. Można powiedzieć, że to protoplasta sidestepów w późniejszych bitkach 3D. Oprócz tego każdy stage można doprowadzić do rozwałki, trzymając przeciwnika w rogu i klepiąc go ile się da. Niszczymy wtedy ściany stage'ów i otwieramy dodatkową przestrzeń przy tym stunując przeciwnika. Stuny wchodzą przepięknie, czy to okazuje się że kawał metalu spada z rozwalonej ściany przeciwnikowi na głowę, czy np. po rozwaleniu ściany pojawia się wkurzona Panda boksująca przeciwnika i odchodząca na pełnym wrukwie.
 
20210828_105552.jpg
 
Naprawdę gierka jest pod tym względem niezwykle efektowna, nie mówiąc już o zmieniających się porach dnia przy każdej rundzie, gdzie przy stanie 1:1 i rundzie finałowej nasi fighterzy są jakby bardziej zmęczeni i walczą już wersją późnej nocy danego stage'u, świetnie odzwierciedla to walkę na śmierć i życie, do samego końca. W wersji na konsole domowe mamy oprócz arcade, również story mode, który różni się tylko tym, że przy odpowiednich warunkach możemy spotkać walkę z Geesem Howardem na jego przezajebistej arence. No i oczywiście odblokować go jako charakter grywalny. Zaś naszym głównym przeciwnikiem staje się wielki Krauser, który już w samym intro ukazuje się jako postać nie do zniszczenia, przed którą w rockowym nastroju elektronicznych gitar klęczy wymęczony Terry.
 
20210901_084154.jpg
 
Wspaniałe, wymowne intro, tworzące przezajebisty klimat obcowania z potęgą sztuk walki. Sama zaś walka z Krauserem to jedno wielkie WOW, odpala się na stage'u Lacrimosa Mozarta, chór zaczyna swój anielski śpiew, a ty stoisz przed nadczłowiekiem zbudowanym z miliona nierozpoznawalnych dla zwykłego śmiertelnika mięśni i próbujesz wzmóc w siebie tyle skilla ile się da, aby położyć go na glebę. Jeden z lepszych motywów w bitkach 2D w ogóle. I przechodziłem gierkę każdym po kilka razy, byle żeby usłyszeć Lacrimosę i jeszcze raz sprać temu mięsniakowi dupsko. Coś przezajebistego.
 
20210828_110812.jpg
 
Mainowałem w tym przypadku Geesa, seksowną Mai, oczywiście Terryego i moją chyba najlepszą postać w gierce – Ryujiego Yamazaki, z stylem w którym spluwamy na przeciwnika trzymając jedną rękę w kieszeni, mając od początku go za zero. Wspaniały, kozacki charakter. Uwielbiam gierkę! I muszę odpalić jeszcze część pierwszą, jak uda się kiedyś ją dorwać. Ach, no tak i na końcu po napisach czeka nas teledysk śpiewany przez Mary, pt. Blue Mary's Blues, który błogosławi ten tytuł zajebistością. Zresztą posłuchajcie i pooglądajcie sami.
 
https://youtu.be/khbd5Pcj9g4
 
10. Judgment (Playstation 4) – kiedy mówimy o sprawach sądowych i prawniczych, to nie tylko Phoenix Wright się tym w grach wideo para. Historia Yagamiego i jego ekipy to mocny kandydat na przejęcie schedy po Yakuzach, zaś w samego Yagamiego warto wspomnieć że wcieliła się gwiazda japońskiej popkultury – Takuya Kimura. Gierka przesiąknięta contentem, zbitym wręcz w niewyobrażalnych ilościach jak na tak małą mapę, co zresztą normalne kiedy mówimy o gierce tworzonej na serii przodku - Yakuzie.
 
FDnf2ZiWEAE06oT.jpg
 
Co do pierwszej części Judgment mam mieszane uczucia, z jednej strony świetna narracja, historia, dodatkowa zawartość i w szczególności przezabawne i moralizatorskie sidequesty, z drugiej walka na dłuższą metę kuleje, i mimo odblokowania i masterowania każdej techniki nie sprawiała mi aż takiej radości jak powinna (ale z tego co wiem zmienia to już najnowsza część), dodatkowo średni patent z śledzeniem, przy którym po 2 – 3 pierwszych razach modliłem się żeby już się zakończył. Świetnie napisane postaci, tak jak i naszych kompanów jak i antagonistów, ich relacje oraz celowość świata przedstawionego robią potężną robotę. Tę gierkę chce się poznawać, a w niektórych momentach trzyma w napięciu jak poimana.
 
FDngLd8WUAwmWCf.jpg
 
Mieszanka przygody detektywistycznej, prawniczej okraszonej półświatkiem w postaci Yakuzy i polityki sprawdziła się. Czasami przypominała przez swoje źródło historii w medycynie mi historię z Policenauts, ale tutaj już zakończę żeby nie spoilować. Gierka została zrobiona z pompą, już pierwsze intro, czy nazwijmy to nawet opening z utworem „Arpeggio” pokazuje, że czeka nas sporo dobrego i trzeba nastawić się na do bólu japońskie motywy. Niech już Yakuza leci sobie tym torem RPG, resztę zostawmy Yagamiemu, poradzi sobie bez problemu (chyba że po ostatnich zmianach w szeregach Ryu Ga Gotoku i małej dramie z studiem od aktorów i przeportowaniu gierki na PC do tego nie dojdzie, ale nie sądzę). Czas poszukiwać części drugiej, gdzie ponoć czekają na mnie szkolne podboje :olo: .
 
FDngVDjXMAAJDcr.jpg
 
11. Virtua Fighter Kids (Sega Saturn) – Po romansie bez opamiętania z VF5 postanowiłem sprawdzić dorwaną na Jowisza wersję dla dzieci tej serii, czyli tytułowe Kids. Modę na wersje dziecięce rozpoczął bodajże już Capgod, za nimi ruszyło SNK, ruszyła też Sega. Gierka nie reprezentuje sobą jakichś głębokich mechanik, prędzej służy nauce podstaw serii, przygotowanej dla najmłodszych. Z odpowiednią stylistyką, animowanymi, kolorowymi tłami i wielkimi głowami ala chibi głównych bohaterów serii. 
 
20210911_211619.jpg
 
Tak jak gierka nie jest rewelacyjna gameplayowo i spodobać się może odbiorcy jakim jest dziecko, tak jest jedna ciekawa i istotna rzecz w tej odnodze VF. Są nią filmiki fabularne po każdym zakończeniu arcade/story! Coś o co świat nie może się doprosić w przypadku głównej serii. I dla nich ruszyłem w przejście każdą postacią story, czy było warto? Dla takiej zajawki jaką mam aktualnie na punkcie serii – tak. Dla reszty – zapewne nie. Filmiki są zabawne i fajnie nawiązują do fabularnej części głównego VF (tak, seria mimo że różnymi drogami przekazu, nad wyraz niebezpośrednimi ma tam jakąś fabułę :olo:). Fajny tytuł do pogrania z dzieckiem, i to chyba na tyle ode mnie.
 
20210822_142911.jpg
 
12. No More Heroes III (Nintendo Switch) – Travis is back! Ile nadziei i jaranka magazynowało się w mojej głowie oczekując na premierę trzeciej części i mimo kilku obaw dotyczących settingu, przeciwników z kosmosu i odnoszenia wrażenia z trailerów, że gierka będzie jakimś wannabe One Punch Manem – Travis wychodzi cało i broni się niemiłosiernie. Struktura mieszająca pomysły jedynki, czyli puste wspaniałe miasta po których ujeżdżamy motorkiem, tak abstrakcyjne i wybijające surrealizmem, zawsze to uwielbiałem w NMH, z pomysłami dwójki i rozstawieniem spotów do odblokowywania możliwości walk z bossami.
 
1.jpg
 
Świat NMH III mimo że na pierwszy rzut oka wydaje się pusty i nijaki, wypełniony jest po brzegi zawartością, wszędzie dosłownie czeka na nas jakaś część którejś z misji pobocznych (sadzenie drzewek to już mnie w pewnym momencie głowa rozbolała od ciągłego zatrzymywania się w podróży), mini gierek i innego legalnego bądź nie stuffu w stylu tej serii. Od trzonu przedstawienie części fabularnej w formie serii anime, z openingiem i endingiem przy każdym wbiciu rangi zabójców i wznoszeniu się na najwyższe miejsce. No More Heroes było wspaniałą satyrą na obraz weebowego społeczeństwa, prześmiewczą krytyką przenikania popkultury w życie szarego człowieka i przy tym oddającą po trochu dramaturgię nawet dzisiejszej społeczności pozwalającej sobie na więcej niż zwykle dzięki wirtualnemu światu i jego możliwościom. Od początku wybrzmiewa, zadziwia i uderza szaleństwem, łatwością i błahymi powodami prowadzącymi do mordowania się nawzajem, ten świat mimo pełnego czarnego humoru i przedstawienia go w taki a nie inny sposób zawsze niósł za sobą mocniejszy wydźwięk, i No More Heroes III mimo że robi to dalej, to już w mniejszym stopniu, trochę uginając się dzisiejszym trendom i stając się ich częścią jak wspomniał Junkie.
 
2.jpg
 
Walki mechami, o dziwo okazały się świetne, nowe rodzaje ataków i umiejętności również, nowi przeciwnicy to nowy inwentarz. Co za tym idzie – nowa część Travisa gameplay'owo to naprawdę kawał wciągającej i dobrej gierki, mimo że w założeniach proste areny z celem typu: zabij tych i tych i zdobądź punkty umiejętności wydają się nudne, to mi sprawiały sporo frajdy i klepałem je jak poimany. Udało się skompletować gierkę w całości, mini gierka z wyścigami motorów i wyciąganie najlepszej oceny dały trochę popalić, ale w końcu się udało. Wróćmy więc do meritum tej serii – pojedynków z bossami i na całe szczęście to dalej największa wizytówka przygód Travisa, tutaj najbardziej się obawiałem, zawsze jarały mnie te poyebane charaktery z poprzednich części, każda z postaci miała swój klimat, tożsamość, każda walka z nimi pozostawiała jakiś ślad. Kiedy więc spojrzałem na nijakich kosmitów (oprócz FU i kilku wyjątków) obawiałem się, że to nie będzie już tak obfite we wrażenia. Na całe szczęście Suda czaruje pomysłowością i humorem i można powiedzieć, że zostaniemy często w tym przypadku strollowani, bowiem akcji typu

Spoiler

 

3.jpg

 

Całą gierkę czekałem też na pojawienie się braciszka, i jak już do tego doszło to zbierałem szczenę z podłogi, kozacki motyw i trzeba to zobaczyć, dialogi z kumplem o kinematografii Miike spowodowały że obejrzałem kilka filmów pod rząd tego reżysera i polecam wszystkim Dead or Alive od niego, trylogia magiczna i tak bardzo mocno japońska. Reasumując bo mógłbym tak klepać cały dzień – No More Heroes III nie pokona jedynki w rankingu, ale to wspaniała gierka i jedna z najlepszych dla mnie premier tego roku, a końcówka 2021 to jedna wielka makabra dla mojego portfela, wspaniały okres gierkowy. Niczym Night in Prague Nobuaki Kaneko. 
 
4.jpg
 

13. SoulCalibur (Dreamcast) – z tą serią miałem do czynienia wyłącznie w dwóch przypadkach, pierwszy kontakt był na PS2 i dwójeczką, którą się klepało z znajomymi, dla kogoś nie posiadającego Dreamcasta „za życia” i nie mającego okazji pograć w Soul Edge gierka wydawała się czymś świeżym, istnym novum pozwalającym odetchnąć od Tekkena i wprowadzić człowieka w zawiłości walki bronią białą. Potem wpadła część IV już na Xboxa 360, którą po ujrzeniu Yody i innych głupot z Star Warsów wyimałem przez okno, szkoda tylko że to był pirat, teraz myślę że kupiłbym kilka sztuk i wyrzucał przez okno te cholerstwo z przyjemnością, no ale czasy były inne, a młodość uwielbia błądzić na granicy amoralności. I tak prawdopodobnie do serii nigdy chyba już bym nie wrócił po doświadczeniach z IV, no ale na starość ( :olo:) odbiło mi na temat gamingu i jego historii więc do domu zawitał Dreamcast.

 

20210911_231902.jpg

 

A kiedy myślę o Dreamcaście dzisiaj to mam w głowie kilkanaście ikonicznych tytułów, i w tym właśnie SoulCalibur. Pierwsza część pod tym tytułem okazała się grą idealną, bitką która musiała niszczyć głowę swoją zawartością i pieczołowitością w mechanikach oraz wizualiach w swoich latach, zresztą 40/40 od Famitsu, które potrafiło przyczepić się dosłownie do wszystkiego w tamtym okresie najlepiej odzwierciedla zajebistość tej gierki. Ta gra wygląda wspaniale, brzmi wspaniale, działa wspaniale i nie daje człowiekowi odpocząć od kilogramów contentu czekającego na odkrycie. Przezajebisty tryb Mission Battle, w którym podejmujemy się wymyślnych walk za punkty, które wymieniamy w trybie Theater Mode na grafiki, plakaty i  inne wspaniałe dobrodziejstwa. Genialne wykorzystanie sidestepów i lawirowania po mapie w celu uniknięcia uderzenia przeciwnika, ryzykowniejsza alternatywa samej obrony tak mocno zakotwiczyła w bijatykach 3D, stając się fundamentalną opcją w movemencie.

 

20210918_171639.jpg

 

Przezajebisty roster postaci, możliwość grania za pomocą chyba wszystkich akcesoriów konsoli, nawet wędki przygotowanej wstępnie dla gierki o łowieniu rybek Sega Bass. SoulCalibur jest częścią Dreamcasta, jego wyrażeniem zajebistości, podejmowanego ryzyka, innowacyjności i majestatu który sobą reprezentował. Ta część nigdy nie powinna się pojawić na żadnej innej konsoli, zostać częścią wielkiego upadku, pełnego dramaturgii i wzruszeń. Laurką, która zdobi tę konsolę w zupełności. Jedna z najlepszych bitek w historii, w której odblokowałem wszystko co się dało i dalej miałem mało, mimo zawartości na kilkadziesiąt godzin. Na koniec podaje mainowane postaci, którymi reaktywuje scenę w pobliskich melinach: Mitsurugi i Taki. Epickość nigdy nie była tak wymowna.

 

20210911_213734.jpg

 

14. Streets of Rage II (Sega Mega Drive) – Mr X wraca, syndykat zbrodni ponownie planuje przejąć miasto i ich pierwszym ruchem staje się atak na zasłużonego Adama z pierwszej części. Na całe szczęście ekipa w postaci Blaze i Axela oraz nowych postaci jak Thunder czy młody na rolkach nie zardzewiała. Dwójeczka jest uważana za najlepszą część serii i opus magnum beat'em apów od Segi. Tym razem do gierki siada nie wyłącznie sam Yuzo Koshiro, ale i jego siostra Ayano, która zajmuje się wizualiami i stroną graficzną. I ten anioł odbił większe piętno na tym tytule niż sam Yuzo. Gdybym miał porównać wizualia, animacje postaci, dynamikę wykonywanych kombosów, magiczne tła i sprite'y do jedynki to jest po prostu niesamowita przepaść i aż się człowiek za głowę łapie, że obydwie gry powstały na tym samym sprzęcie.

 

20210926_211123.jpg

 

Ayano Koshiro wyciągnęła magiczny ołówek i nakreśliła swoją wizją cały tytuł. Ta gra prezentuje się rewelacyjnie i ponadczasowo, kiedy wjeżdżasz na pierwszego bossa przechodząc przez zatłoczony bar i wychodzisz na plac za nim, a nagle na ekranie pojawiają się strugi deszczu myjące brudną dzielnicę zagrożonego miasta, wiesz że masz do czynienia z czymś magicznym. Dodatkowo dodano kilka umiejętności w movemencie, nie ma już wzywania kumpla z policji z bazuką, zamiast tego dodano specjalne ataki, na wzór wyswabadzających w bit em apach, zabierających w zamian kawałek paska HP. Cztery postaci grywalne to różne techniki, chociaż Thunder odwzorowuje podejściem styl Adama z pierwszej części. Mimo wszystko ja dalej mainuje seksowną i techniczną Blaze oraz najlepiej zbalansowanego Axela, zawsze miałem słabość do białych podkoszulków haha.

 

20210926_211521.jpg

 

Dwójka to również powrót Yuzo, tym razem soundtrack jednak jest robiony w duecie z Motohiro Kawashimą, z którym w późniejszych latach przysiądą również do kilku tytułów. I teraz mimo perfekcyjności, którą nadaje Ayano swoimi grafikami i wykonaniem, na soundtrack muszę trochę ponarzekać, to dalej kawał mocnej, elektronicznej muzyki, która rozbrzmiewa w głośnikach telewizora idealnie komponując klimat walki na zakrwawionych i brudnych ulicach, ale... niestety w porównaniu do jedynki, nie ma tutaj „tego czegoś”, genialnego pierwiastka unoszącego się nad pudełkowym plastikiem gierki, kiedy spoglądając na nie słyszysz Tittle Theme z jedynki. Jedynkę prowadziła muzyka, dwójka zaś prowadzi muzykę, zrzucając ją na dalszy plan. Najlepszym tego odzwierciedleniem jest to, że ciary przeszyły mnie tylko raz podczas podróży z dwójką, i to wtedy kiedy po kilku nieznajomych bitach, te przeobrażają się w zremixowany utwór przewodni z jedynki.

 

20210926_212027.jpg

 

Wtedy człowiek doświadcza jak wiele jedynka znaczyła mimo swoich dolegliwości i jak wiele jedna rzecz potrafi zrobić w przypadku jakiegokolwiek tytułu, malutki szczegół decydujący o wyższości jednej twórczości nad drugą. Mimo wspaniałych rozwiązań genialnej Ayano, braciszek nie wzbił się już na ten poziom co przy jedynce. Zabrakło pewnie kaset z muzyką z studia MTV. A Streets of Rage, to po pierwsze muzyka, ten szok pojawiający się podczas pierwszego załadowania gierki, kiedy pojawiają się napisy tłumaczące kwestie fabularne a ty nie dowierzasz, że ktoś w tamtych latach potrafił wejść z takim bitem w gierce dla dzieci. Wyłaniający się z dymu nijakości mały, chudy Yuzo wzbił się na wyżyny w tamtym czasie, czego zabrakło dwójeczce, tutaj oprócz wizualiów Ayano wszystko jest po prostu poprawne, rozbudowane, dla wielu to zapewne wystarczy, ja jednak wolę bujać się w transie do tych magicznych bitów Yuzo z jedynki, zaciągając się następną kreską oddzielaną kartą kredytową. PS: Dwójka wydaje mi się o wiele łatwiejszą, „przyjemniejszą” częścią niż jedynka, więcej wybacza.

 

15. D2 (Dreamcast) – Ostatnia „duża” gra Kenji Eno, ostatnia część trylogii wirtualnej aktorki Laury, jak w dwóch poprzednich grach z Laurą – jest to zupełnie odrębna, zamknięta historia. Można powiedzieć, że następna rola Laury w swojej aktorskiej karierze. Giereczka wstępnie przechodziła sporo perturbacji, miała wyjść jeszcze w latach pierwszego D, a Laura w ciąży miała zagościć w Transylwanii, zamiast tego skończyła w dzikich terenach zimnej i obsypanej śniegiem Kanady. I jak dobrze jej to wyszło! Samym klimatem bardzo mocno przypomina The Thing, nawet stwory potrafią podobne można powiedzieć rzeczy. Nie wchodząc za bardzo w kwestie fabularne, po upadku samolotu którym nasza główna bohaterka była pasażerem, budzimy się w chatce na środku opustoszałego białego morza, gdzie temperatury potrafią doprowadzić do co najmniej depresji.

 

20210929_195132.jpg

 

Od razu dostajemy plaskaczem w twarz w przypadku przeciwników i powoli zostajemy wprowadzani w to co Eno uwielbiał najmocniej, czyli tytuł przesączony metaforyką i symboliką. Naprawdę świetny tytuł, po ograniu trafia w moją topkę gierek na DC, a nawet 6 generacji. Genialna muzyka, świetnie rozwiązany i wciągający gameplay, do którego przyczepiano się w poprzednich grach Eno. Tym razem stawia z należytą rozwagą na więcej akcji, ale nie niszczy to w żaden sposób odbioru historii i narracji. Świetny mix rpg (w którym levelujemy naszą Laurę, ba nawet na połaciach białego, dzikiego terenu będziemy mieli random encountery!) z walką w formie pierwszoosobowej, którą nie nazwałbym może FPS-em w tradycyjnej formie, a prędzej celowniczkiem, który wciąga jak diabli i chce się do przeciwników strzelać, zapewniam. Do tego dorzućmy krztę surwiwalu, który nie jest tak hardkorowy jak w Enemy Zero, ale dalej odbija swoje piętno na progresie. Będziemy polować na nasz przyszły pokarm, rozstrzeliwując wolną faunę dzikiej Kanady, a Laura głodna to Laura bezużyteczna. Historia okazuje się tak mocno metaforyczna, że mimo swojej trochę moralizatorskiej strony, doprowadziła formą przekazu do opadu szczeny na samej końcówce.

 

received_421865499450479.jpeg

 

Eno miał łeb jak mało kto i chwała mu za to, że robił zawsze gierki pod siebie, nie zważając na zdanie innych, nawet jeżeli miało to skutkować anulowaniem całego tytułu. Świetne walki z bossami, ekstremalne w obrazy i przekaz, czasami za bardzo dosadne i wymyślne || boss wyjawiający się z krocza jednej z postaci rlz, strzelanie w mechanizm przypominający rozwarte nogi podczas porodu na sali operacyjnej bądź trzymające mężczyznę w jednej takiej pozie seksualnej. Strzelanie w miejsce które można nazwać sztuczną macicą i nazywające siebie „matką” - sami widzicie o czym piszę ||. To najlepsza gra Eno, która najmocniej odbiła piętno w mojej przygodzie z gierkownią z jego groteki. Naprawdę szkoda, że po tym zniknął na kilkanaście lat z branży, a kiedy próbował jeszcze wrócić po latach świat gier był zupełnie innym miejscem, w którym nie miał szans się odnaleźć. Mimo, że zmarł młodo zostawił po sobie naprawdę kawał magicznego stuffu w gierkowni, które raczej już nigdy nie zostaną wydane na jakimkolwiek sprzęcie, naprawdę szkoda.

 

16. The Silver Case (Playstation 4) – Suda opuszcza Human, Suda otwiera Grasshopper. Suda tworzy Silver Case. Suda wypuszcza na świat Uehare Kamui. Jak dobrze, że po tylu latach ta gierka doczekała się oficjalnego tłumaczenia, stylistyka noir (a nawet użyłbym pojęcia cybernoir), wspaniale naszkicowane postaci przez Takashiego Miyamoto, suspens trzymający za gardło w każdym z rozdziałów, wspaniale prowadzony świat i dizajn. Ta mieszanina stylów 3D z 2D, czytanki z motywami eksploracji (malutkimi, ale jednak), garść świetnych łamigłówek i story telling, na najwyższym pyerdolonym, magicznym poziomie.

 

FDnenI6WYAI43OR.jpg

 

Tyle mocnych, charakternych, dobrze rozbudowanych postaci, że sam już nie wiem które uwielbiam najbardziej. Gierka podzielona jest na dwa zaostrzające się i przenikające wzajemnie akty – Transmitter, który opowiada o grupie detektywów pilnujących porządku w utopijnym na pierwszy rzut oka mieście oraz Placebo – historii dziennikarza z ciężką przeszłością podejmującego się odnalezienia jak największej ilości faktów dotyczących jednego z największych zbrodniarzy w historii – Kamui Uehary. Często część dziennikarza tłumaczy to, co nie zdążyła wytłumaczyć nam opowieść w Transmitter, dopinając pikantne szczegóły, a czasami nawet przeobrażając usłyszaną/przeczytaną dopiero co opowieść przedstawioną w równoległym rozdziale. Warto więc przechodzić jeden akt Transmittera i od razu odpalać Placebo i tak do końca. 

 

FDnfLrpX0AETdMJ.jpg

 

Narracja jest pełna pośredniości, symbolika uderza w wyobraźnię i nakręca umysł do poszukiwania prawdy, brnięcia w gierkę nawet jak jest 5 nad ranem, człowiek już ledwo widzi te yebane napisy pojawiające się na ekranie, ale dalej próbuje zaciekawiony dotrzeć do dalszych wyjaśnień. Ta gierka wciąga jak bagno! Kill the Past, czyli termin, a może jeszcze lepiej - Leitmotiv którym określa się gry Sudy w Silver Case nabiera dualistycznego charakteru, będąc jednocześnie figurą metafory ale i rzeczywistości, bezpośredniości wymieszanej w tym chorym, ekscytującym stylu. Rzucanie obrazami, czy to pełnego księżyca, często kojarzonego z samobójstwami albo szaleństwem, przeobrażaniem się w coś niemoralnego/amoralnego. Tajemniczość, powolne wyciąganie kart, suspens niczym w najlepszych filmach grozy, wspaniałe charaktery jak Sumio, Tokio Miroshima czy Kusabi. Tą gierkę trzeba po prostu ograć, nie ma innej opcji kochani, jak nie ogracie to dantejski krąg piekielny czeka. A, prawie bym zapomniał, macie może pożyczyć 50 000 yenów?

 

FDnetinWEAo_dc7.jpg

 

17. Ninja Gaiden/Ninja Ryukenden (Famicom) – po zdobyciu w bólach porodowych oryginalnego Famicoma, wiedziałem że przyjdzie czas kiedy w końcu usiądę do przygód Ryu Hayabusy jak bym tego sobie życzył, nie bawiąc się w emulację i inne takie. W końcu nadszedł ten czas, zostałem pyerdolonym ninją. Byłem niczym liść unoszący się bezszelestnie na falach konającego w przeszłości wiatru. Prawdziwy ninja, udający się w imię zemsty wyjaśnić kilka kwestii.

 

20211003_192609.jpg

 

Wspaniały szpil, z jednymi z najlepszych intro ever, pokazany tam pojedynek to pokaz zajebistości jaką potrafił dać ten 8 bitowy sprzęt. I ta muzyka, kiedy jeden z gości pada, a ta zaczyna nabierać dramatycznego charakteru, no aż mam ciary o tym pisząc. Nie będę za wiele płynął, bo pewnie każdy ograł, jest wymagająco, jest skillowo, ale też bez przesady. Nie jest to tak trudna gierka jak mawiają, a największym wyzwaniem staje się ostatnia misja, co ciekawe śmiałem się cały czas po doświadczeniach z poprzednimi podejściami do gierki na innych sprzętach, że trzecia faza ostatniego bossa jest łatwiutka, a 2 razy zaliczyłem na niej skuchę, o ironio. Wizualna, gameplayowa, dźwiękowa uczta, ta gierka nigdy się nie zestarzeje. Cały czas łapie za serducho jak pierwsza miłość. Wytrawne doświadczenie, klasyk. Irenka trzymaj się, lecę, czeka na nas wspaniały zachód słońca.

 

20211016_103855.jpg

 

18. 13 Sentinels: Aegis Rim (Playstation 4) – list miłosny od waniliowych do całego gatunku sci – fi. Dopięte do granic możliwości w art dizajnie (mimo, że czasami wychodzi zamknięty kurek z hajsem podczas produkcji), w którym po raz kolejny pokazują, że szacunek do 2D z ich strony przebija każdą ścianę. Gierka wygląda cudnie, genialny motyw przewodni w ost od Hitoshi Sakamoto, tak mocno uderzający w City Pop, niedający prawie że opuścić pyerdolone menu gry. Strasznie mi przypominał stylem opening Neon Genesis Evangelion. Świat przedstawiony - 13 apostołów, potężne mechy, podróże w czasie, co krok nawiązania do tuzów gatunku sci – fi w popkulturze, czego tam rukwa nie ma.

 

1.jpg

 

I to wszystko spina się niesamowicie dobrze, odkrywanie kart w storytellingu za pomocą każdej z możliwych opcji rozgrywki, czy to w formie notatek odkrywanych i kupowanych za punkty zdobyte w gierce, czy to w chartach i typowej VN mechanice, czy w końcu w samej walce i ostatniej formie, tej już najmocniej „gameplayowej” jaką nam 13 Apostołów przedstawia. Wciągające jak bagno Tower Defense, ale możliwe że po prostu miałem na taką rozrywkę ochotę. Misja w której odpala się śpiewany przez jedną taką utwór w stylistyce ulicznego popu lat '80, kolorowy, na pierwszy rzut oka miły i anielski głos narzucający swoim śpiewem dynamikę walki potężnych Mechów na ulicach rozwalonego miasta zmiótł mnie z podłogi, wspaniały etap gierki.

 

3.jpg

 

Gdybym miał się jednak do czegoś przyczepić i co mnie trochę zawiodło to przy tak zawiłym i dobrze rozegranym odkrywaniu kart – zakończenie, które aż się prosiło o coś więcej niż zagrywkę w stylu Deus ex Machina, ale przy tak nayebanych zawiłościach fabularnych chyba nie mieli innego wyjścia żeby to spiąć. Szkoda, narobili apetytu jak mało kto i ich to chyba przerosło. Z drugiej strony wszystko się spina dzięki temu w całości, więc nie można mówić o jakichś lukach fabularnych. Waniliowi poszli w narrację, i wyszło im to dobrze. Jedna z ciekawszych gierek na tę konsolę, i na pewno trzeba zagrać.

 

2.jpg

 

19. Otogi (Xbox Classic) – pierwszego Xboxa kloca załatwiłem tylko po to, żeby sprawdzić co z tym Otogi. I było rukwa warto jak cholera. Przygody Raikoh to enigmatyczny story telling, zakryty gdzieś w mgle mistycyzmu, mitologii, religii. Coś, co nawet nie wydaje się ważne w tej historii, niecodzienna konstrukcja całej gry – w której wlatujemy na misje, mamy cel, uciekający czas, i jak najszybciej próbujemy rozwalić jakąś istotę bądź zdobyć odpowiednią rzecz aby tę misję ukończyć, podana w formie slashera z motywami rpg. Jest tak niecodziennie, że na początku miałem spore problemy żeby skumać o co chodzi. Ale jak już to przetrawiłem na spokojnie, gierka okazała się mistycznym doświadczeniem. Niczym mistyka Eckharta wprowadza w stan hipnozy i wchłaniania tego co wyrabia się na ekranie. A to za sprawą nie tylko symboliki i niejasności, a za sprawą jak na tamte lata mocarnego art dizajnu świata i co najważniejsze – jednego z najlepszych soundtracków ever, odpowiadała za to arcydzieło grupa N.O.Y.B, i nie rozumiem dlaczego tak ciężko znaleźć o nich jakiekolwiek informacje, widocznie to prawda, że mało kto grał w tę gierkę albo się odbijał przez dziwne mechaniki.

 

20211017_143241.jpg

 

Utwory muzyczne nadają tempa rozgrywce, wprowadzają nas w snuty symboliką, senny, przerażający świat bogów i zaświatów, upadku oraz próby odzyskania życia przez głównego bohatera. Poskładał mnie na kawałki pierwsze ten ost, a niektóre kawałki leciały non stop po sesjach z gierką. Warto do tego dodać, że gierkę fajnie skończyć dwukrotnie, jest dodatkowy dialog w endingu przy drugim przejściu, który narzuca trochę inny feeling całej historii.

 

20211017_161645.jpg

 

Dla fanów późniejszych soulsów historia opowiadana światem, poszukiwanie jakichś wskazówek w pośredniościach i przeciwnikach powinno się spodobać. Gierka potrafi być wymagająca, szczególnie przy pierwszym podejściu, przed każdą z misji mamy podany bestiariusz, który podpowiada na co się przygotować w danej misji i jaki dobór broni wybrać. Świetne arty przeciwników, bossów, naprawdę podjęto się tej strony gry z należytym szacunkiem. Jedyny minus to to, że potrafi być naprawdę enigmatyczna, często nie zachęcając gracza do poszukiwań i zrozumienia tego co widzi na ekranie i sporo ludzi się od niej odbije, ale warto powiadam wam, warto chociażby dla soundtracku i mistycznego doświadczenia jakim jest ta gierka spróbować dotrwać do końca. Zdobyłem wszystkie najlepsze bronie, Moonlight Sword mimo że naprawdę ciężki do zdobycia (trzeba zdobyć wszystkie dusze ludzi pochowane po lokacjach po których biega się w limicie czasowym, te są schowane w większości w architekturze, którą możemy przy każdej okazji rozwalić, dosłownie wszystko w tej gierce idzie zniszczyć. Przez limit czasowy, będzie trzeba też powtarzać misje kilka razy, na całe szczęście są one dosyć krótkie). From Software przed soullajkami strzelającymi jak poimane wspaniale eksperymentowało z gierkami, uwielbiam ich okres dorastania i gierki przed tą erą, są ciężkie w obyciu, ale oddają za to z nadmiarem. 

 

20211020_215606.jpg

 

20. Metroid Dread (Nintendo Switch) – W końcu, w końcu nadszedł czas na nowego Metroida w 2d, nie jakiś tam primeowy spinoff, tylko klasyczne wydanie z Sakamoto jako producentem i ekipą z Hiszpanii jako deweloperem. Miałem sporo wątpliwości co do tej części po ograniu rimejku Samus Returns. Ten rimejk jest bardzo dobrą grą, żeby nie było, ale bolało mnie postawienie na taki, a nie inny styl graficzny (tęsknie za pixelartem i stylistką Metroidów z GBA – chociaż Zero Mission jeszcze przede mną). Jednak ta gierka w ruchu to poezja, tańczyłem z tą dlugonogą piękną blondyną w kombinezonie po mapie ciesząc się każdym ruchem. Niesamowicie grywalne cholerstwo, takie jakie powinno być.

 

7.jpg

 

Moment w którym Samus odpowiada jednemu takiemu, że nie ma co się przejmować bo ma zamiar pozbyć się każdego kto wejdzie jej w drogę i odpalenie klasycznego utworu przewodniego serii w tym momencie spowodowały opad szczeny i odpaliłem nawet jeszcze raz ten moment, wczytując ponownie gierkę haha. Świetnie rozbudowana, logiczna mapka, otwarta na spidrany; motyw z Emmi, czyli ucieczka już miała zalążki w Fusion, więc nie narzekam, podobało mi się i nie było upierdliwe. Wymagające mechanicznie jak zawsze znajdźki na 100%, ale bez przesady, fenomenalne przeskakiwanie w pierwszy widok bądź wykorzystanie pracy kamery i zmiana w typowe środowisko 3D.

 

8.jpg

 

Ta gierka pękła trzymając za głowę od początku do końca, w to się chce po prostu cisnąć, nie zważając na godzinę. Wciąga jak bagno. I ta końcówka :banderas: Jeżeli miałbym się już do czegoś przyczepić to średnio podobają mi się walki w stylu omijaj, czekaj, teraz twój ruch atakuj i tak w kółko, co wylało się przy ostatniej walce, która jest oskryptowana za mocno, pozostawiając niedosyt i tylko dlatego nie będzie dychy, reszta to miód, cud i orzeszki jak to piszą na alledrogo w komentarzach. Mam nadzieję, że doczekam jeszcze następnej misji blondyny za życia, do tego czasu spróbuję odblokować wszystkie arty bawiąc się w spidrany. See you next Mission bejbe! PS: Zabrakło ratowania zwierzątek w tej części – to też minus.

 

4.jpg

 

21. Killer 7 (Playstation 2) – gierka, która miała przechylić szalę zwycięstwa Gamecube'a, potężny przedstawiciel legendarnego Capcom 5... które okazało się jedną wielką farsą ze strony Capcomu. Tak czy owak, nie znaczy to że gierki należące do tego zestawienia nie były dobre. Killer 7 to złoto, kolaboracja Shinji Mikamiego z Sudą to wzywanie starych bogów tańcząc nago przed blokiem w świetle spoglądającego na szaleńca księżyca. This game is crazy. 

 

20211108_232622.jpg

 

Łamigłówki w stylu Shinjiego, przypominające tak mocno te z pierwszych Residentów, nastawienie na 7 osobowości głównego bohatera, potężna dawka przezajebistych dialogów i rozwiązań. Ta gierka kipi odwagą i pomysłowością, tak mocno narzucając cień na dzisiejsze asekuracyjne giereczki do odcinania kuponów. Warto eksperymentować, warto nie iść z duchem czasu i nie stawiać na łatwiznę, tutaj wszystko jest dosłownie wciągające jak diabli.

 

20211113_143657.jpg

 

Godne zapamiętania i pozostawiające ślad na ogrywającym, monologi Sussie to poezja, szczególnie ten o tym jak nie lubiła chodzić do szkoły w deszczowe dni. Masa poyebanych zabójców i psycholi, świat w którym nic nie jest czarno-białe, wykorzystanie osobowości naszego bohatera w gameplayu, do rozwiązywania zagadek, czy samej walce która stawia na celowniczek. Dla mnie top gierek 6 generacji, mimo że potrafi zapewne zrazić casualowego odbiorcę swoją innością jest naprawdę czymś wyjątkowym. Muzyka od Masafumy Takady, szczególnie kawałek Rave on, który pojawia się wyłącznie podczas spaceru po takich jednych schodach – przekozak. Surrealizm w najczystszej postaci, i te przerywniki anime albo wczytywanie gry w postaci wycelowania w cień przeciwnika z krwi i rozpryskiwanie się postaci po strzale na kawałki pierwsze, no kocham giereczkę w juch, szukam teraz jak człowiek wydania na GC i ogrywam jeszcze raz, to pewne. Sztos nad sztosy. 

 

20211113_130926.jpg

 

22. Ghost Trick (Nintendo DS) – secik ukończonych w ostatnim kwartale i na początku aktualnego kończę fenomenalnym tytułem od Shu Takumiego, to drugi tytuł w tym rozstawieniu od niego i jestem w szoku jaki to jest kozak, gość stworzył moje ukochane Dino Crisis 2, genialnego i chwytliwego Phoenixa Wrighta i opisywanego sztosa Ghost Trick, co za passa w jego skromnej można powiedzieć twórczości. Przygody zmarłego blondyna w okularach przeciwsłonecznych, który próbuje wyjaśnić okoliczności swojej śmierci poruszając się między przedmiotami za pomocą duszy to tony funu, zabawa w opętanie przedmiotów, ratowanie rudej przed śmiercią i humor robiły mi dobrze przez całą gierekę.

 

20211113_220001.jpg

 

Przesuwanie się między lokacjami po linii telefonicznej, zajebiste charaktery, pomysł na niecodzienny gameplay. Wszystko tutaj idzie w kategorię hitu, nawet cartoonowa grafika jest w porządku. Wzruszająca historia, z mocną i zaskakującą końcówką, idealnie rozłożone karty w przypadku fabuły i odkrywania jej, podane stopniowo, aby w końcówce już nie puścić gracza i zmusić do klepania jednego aktu za drugim. Nie ograłem za wiele gier na Dsie, ale jak to nie jest topka tytułów tej konsoli, to boję się o własne zmysły w przypadku następnych sztosów czekających w kolejce. I ten motyw przewodni w ost, który odpala się w naważniejszych, decydujących momentach! Nawet nie boli brak bossów, tego się tutaj nie zauważa i nie są potrzebni, ale muszę przyznać, że mogłoby to wyglądać ciekawie. Czasami potrafiłem nie ogarnąć co zrobić, ale wszystko zamyka się w logiczną całość i obserwowanie następujących po sobie zależności, łapałem się za głowę jak dobrze skonstruowano każdą z map. Wspaniała gierka.

 

20211113_220752.jpg


  • 25

#9762 Schrodinger Napisany 20 listopad 2021 - 03:18

Schrodinger

  • Moderatorzy
  • 64458 Postów:
Pojebana pszczoła :banderas:
  • 1

#9763 cwany-lis Napisany 20 listopad 2021 - 08:35

cwany-lis

    dobrze rokujący pisarz

  • Forumowicze
  • 22909 Postów:
Dziki szerszeń :uff: chciałem dać plusa, ale jak pomyślałem, że mam to scrollować w górę jeszcze raz to rozmyśliłem się.
  • 1

#9764 Kazuo Napisany 20 listopad 2021 - 10:55

Kazuo

    casual

  • Forumowicze
  • 15892 Postów:

Myślałem, że ja dużo gram :uff: dowaliłeś do pieca konkretnie ndl, przy tej ilości tekstu będę miał co czytać na kiblu przez cały tydzień.


Ten post był edytowany przez Kazuo dnia: 20 listopad 2021 - 10:55

  • 0

#9765 Hanz Napisany 20 listopad 2021 - 12:01

Hanz

    youtube.com/dkstbeats

  • Forumowicze
  • 2855 Postów:

 

Ten majestat i szlachetność ma odzwierciedlenie w samej mechanice VF, pięknie zazębiając i zamykając niekończący się bieg natury w świecie wirtualnego wojownika.

 

Trochę nie wiem o co chodzi, ale szanuję xD


  • 1

#9766 gruby Napisany 27 listopad 2021 - 13:13

gruby

    Big Boss

  • Forumowicze
  • 5101 Postów:
Psychonauts 2 jakiś czas temu pękło i pozamiatał mną podłogę. Wybitna gierka, jeśli to zwiastun tego co double fine może zrobić z niezłym budżetem i bezpieczeństwem komercyjnym jaki daje game pass to proszę o więcej i nie mam pytań. Gierka bez słabych punktów, ze świetnym scenariuszem świetnym settingiem, dialogami, grafika, muzyka, gameplayem… coś przecudownego. Zdecydowanie gra roku moim zdaniem a osobowoście dla mnie z pewnością jedna z ulubionych gier ever.
  • 1

#9767 Spuczan Napisany 27 listopad 2021 - 17:44

Spuczan

    Deity

  • Forumowicze
  • 11781 Postów:

Jak wam nie wstyd pisać na tej samej stronie co ndl?


  • 1

#9768 Wezyr Napisany 01 grudzień 2021 - 21:53

Wezyr

    zwykły chłopak z Podlasia

  • Forumowicze
  • 9409 Postów:

Skończyłem Ratchet and Clank - Rift Apart i nawet platynę wybiłem (na PS5 drugą, po Astro's Playroom).

 

Bawiłem się przednio, bo to stary dobry Ratchet w fenomenalnej oprawie graficznej i ze świetną implementacją DualSensa, która może nie zaskakuje, ale wykorzystuje wszystkie funkcje nowego pada Sony. To przyjemny tytuł na odstresowanie, w czym pomaga fabuła w konwencji kina familijnego, z przyjaznymi postaciami których nie sposób nie polubić i chociaż nie wywoła zadumy w nikim starszym niż wiek wczesnoszkolny, ale śledzi się ją z przyjemną lekkością. Zwiedzane światy to sztampa od bagien, przez stacje kosmiczną czy stepy, ale oprócz standardowej rozwałki są w niej aktywności poboczne jak zbieranie znajdziek, których jest raczej garstka na świat co sprawia, że nie towarzyszy nam przesyt niczym w open-worldach.

 

Na minus potężny, ale to potężny recycling assetów (zwłaszcza mini-bossów) i fakt, że od początku do końca pętla gameplayowa w ogóle się nie rozwija. Jeśli kończysz grę po sznurku, nie będzie to problem, ale kogoś kto ją maksował może to drażnić.

 

Gra nie ma jakiś rażących minusów, jest poprawna, ale pomijając oprawę absolutnie niczym się nie wyróżnia. To stary dobry Ratchet, ale gra z kategorii przejdź i zapomnij i nie będę jej nawet brał pod uwagi w kategorii gry roku 2021. Za Chiny ludowe nie wydałbym na nią pełniej ceny, ale za te ok. 150zł za które śmiga obecnie IMO warto sprawdzić. Zwłaszcza jeśli zależy Ci na relaksie przy konsoli.


  • 0

#9769 Daddy Napisany 04 grudzień 2021 - 22:39

Daddy

    idiosyncratic idiot

  • Moderatorzy
  • 31529 Postów:

unQDF6i.jpg

 

Control Ultimate Edition - spoko giereczka od jednego z moich ulubionych studiów, ale tylko spoko. Początkowo nudna, ale się rozkręca i to, czego najbardziej się obawiałem (że przez zabawę w jednym budynku, powiedzmy) spowoduje, że będzie mało ekscytująco, ale na szczęście tak nie było. Niemniej jednak nie pozamiatała mną tak, jak zrobił to Alan Wake, pierwszy Max Payne, czy nawet Quantum Break - wszystkie te gry bardziej mi się podobają, o wiele bardziej.

 

Nie trafiły do mnie bronie, za to moce - tak. Gra ma też jeden z najbardziej mnie irytujących patentów - za śmierć zabiera jakiś procent waluty potrzebnej do rozwoju. Pod koniec gry to nieistotne, bo i tak ma się wszystko rozwinięte, ale w początkowych fazach to drażni. Na szczęście gra nie jest trudna, a - co ciekawe - ma mnóstwo suwaczków do zmiany wielu parametrów związanych z trudnością; bardzo ciekawy patent, jeśli np. chcemy zmienić jedną/dwie rzeczy, a nie ogólnie trudność na niższą bądź wyższą. Ciekawe są wrzutki w postaci wypowiedzi postaci, szkoda, że sama fabuła jakaś porywająca nie jest.

 

Dodatki, które wchodzą w skład UE trochę rozczarowują. Pierwszy to po prostu przedłużenie fabuły o niezbyt ciekawy epizod, za to drugi - z Alanem Wake - jest po prostu słaby. Pomysł na crossover światów ogólnie spoko, ale w ogóle mi nie siadła realizacja.

Za to na pewno zapamiętam i będę wracał do tego numeru, który się odpala w bardzo pasującym momencie gry:

 


 

7.1/10 :olo:


Ten post był edytowany przez Daddy dnia: 04 grudzień 2021 - 22:42

  • 2

#9770 gruby Napisany 05 grudzień 2021 - 12:09

gruby

    Big Boss

  • Forumowicze
  • 5101 Postów:
Ja właśnie wykasowałem z dysku. Miałem z 7 podejść, ale w ogóle mi nie przypasowało. Niby na papierze spoko, ale jakaś nuda wieje od tej gierki. Quantum Break dużo lepsze - to zreszta moja ulubiona gierka od nich (Alan close second)
  • 0

#9771 oranje Napisany 05 grudzień 2021 - 14:52

oranje

    15-2-0

  • Forumowicze
  • 13563 Postów:
W Control przez te ustawienia Jodie może być dosłownie nieśmiertelna i zabijać wrogów jednym strzałem.
  • 0

#9772 Kazuo Napisany 05 grudzień 2021 - 16:07

Kazuo

    casual

  • Forumowicze
  • 15892 Postów:

Control wspominam bardzo miło. Fajne szczelanko, niepokojący klimat, niezła ruda dupeczka. Tylko ta labiryntowa struktura lokacji i kompletnie nic nie pomagająca mapa bardzo mnie irytowały. 


  • 1

#9773 Tawotnica Napisany 10 grudzień 2021 - 19:12

Tawotnica

    Samus Aran

  • Moderatorzy
  • 13869 Postów:
Sezon jesienny był :good: Po Castlevaniach i Metrodzie kolejno siadły: 
 
DUNGEON ENCOUNTERS
 
LhZnEve.jpg 
 
http://nikogoforum.p...eon-encounters/
 
jeszcze znajdę niejedną okazję, żeby wam truć dupę o tej giereczce. Dungeon crawler sprowadzony do esencji gatunku. Na luzie 9/10 dla mnie. 
 
----------------------------------------------
 
Voice of Cards: The Isle Dragon Roars

jqx3rK8.jpg
 
http://nikogoforum.p...e-dragon-roars/
 
to nie karcianka! To tradycyjny, Dragon Questowy wręcz jRPG przedstawiony kartami. Dobry Dragon Questowy jRPG, który nie zajmuje dłużej niż powinien (ca. 10h) od Yoko Taro i Keiichi Okabe. 
 
---------------------------------------------
 
Death's Door

eodWpFC.jpg
 
http://nikogoforum.p...62-deaths-door/
 
Perełka! Zelda-like od twórców Titan Souls. To powinniście obczajić, a nie jakieś Unsighted :cf: No ale nie było w XGP, więc boty olały  :spoko:
 
---------------------------------------------
 
Shin Megami Tensei V

on5M4Pd.jpg
 
http://nikogoforum.p...egami-tensei-v/
 
Da'at z miejsca wskakuje na topowe miejsce w moim rankingu "światy gry w jRPGach", bo to tak na prawdę główny bohater SMTV i oby się przyjął jako template jak powinno się projektować duże, pół otwarte miejscówki w tego typu grach.
 
---------------------------------------------
 
Archvale

7O8H4Pw.jpg
 
http://nikogoforum.p.../9927-archvale/
 
Bullet hell RPG. Jak w temacie pisałem, nieźle się udało to połączenie. Odrobina więcej szlifu przy oprawie i byśmy mieli prawdziwy diamencik, ale i tak grało się bardzo przyjemnie.  
 
---------------------------------------------
 
See you next mission!
  • 2

#9774 MonsieurWoland Napisany 17 grudzień 2021 - 00:04

MonsieurWoland

    Noblesse oblige.

  • Forumowicze
  • 15186 Postów:

Draugen -fajny,niszowy symulator chodzenia na circa 3h.

 

Draugen1.png?resize=696%2C392&ssl=1


  • 0

#9775 Schrodinger Napisany 18 grudzień 2021 - 16:33

Schrodinger

  • Moderatorzy
  • 64458 Postów:

BOMBY PRAWDY

 

Skończyłem Halo Infinite, boże jaki ściek. Gameplayowo jest spoko, linka, multum broni, poruszanie się, wszystko spoko, jest satysfakcja ze strzelania. Openworld jeszcze jakoś tam bym przebolał, ciągle tak samo wygląda, ale jest jakieś minimalne zróżnicowanie i fajne strzelanie więc jest spoko. Ale misje, fabuła, te zamknięte lokacje? Jakby mi ktoś w pyks napluł, za co ta gierka dostaje jakieś nagrody? 

 

Jasne początek myślisz że jest spoko, ale to do zmiany lokacji, jakoś od 4-5 misji zaczyna się zjazd w dół. Kurwa proste korytarze, zero urozmaiceń, podnoszenie baterii co stoi 100m dalej i wsadzenie jej w gniazdo. Żadnych przeciwników przy tym bo wybiłeś ich, czasami dorzucą 4 latające ścierwa. Kto to wymyślił? Nikt nie powiedział że to jest nudne do bólu?

 

Sama fabuła to jakiś totalny wysryw, zero epickich momentów, zero różnorodności. Korytarz, biegnij do przodu, wszystkie wyglądają tak samo. Do trylogii to to nawet się nie zbliża, nawet czwórka była dużo lepsza pod tym względem.

 

6/10 i tylko dlatego że Master Chief jest zajebisty ciągle ale reszta syf 


  • 9

#9776 Kazuo Napisany 18 grudzień 2021 - 17:17

Kazuo

    casual

  • Forumowicze
  • 15892 Postów:

3a7.jpg


  • 2

#9777 lukaszSA Napisany 18 grudzień 2021 - 19:17

lukaszSA

    Overall expert

  • Forumowicze
  • 26908 Postów:
Świat może i jest fajny, ale po Zeldzie i RDR2 wymagania troszeczkę wzrosły
  • 0

#9778 torq314 Napisany 30 grudzień 2021 - 12:25

torq314

    Buddhabrot

  • Forumowicze
  • 22831 Postów:
Unsighted

Został mi ostatni boss na po świętach i mam odhaczone.

Statystyki: 12h, 29 zgonów (3 na ostatnim)

Zwięzła, pomysłowa i z fajnymi mechanikami - jest stamina więc nie można szarżować ale jest blok, który fajnie wchodzi. Super fajni bosowie i fabuła która się-nie-sili tylko po prostu jest.

Przepraszam Metroida ale to jedna z najfajniejszych metroidvanii ostatnich lat dla mnie. Chyba z rozpędu wrócę do Cross Code żeby dokończyć.

I to wszystko dzięki Mojemu Przyjacielowi który podpowiedział że jest taka perełka.

Dla mnie 10/10 i gra roku :^^:

Ten post był edytowany przez torq314 dnia: 30 grudzień 2021 - 12:29

  • 1

#9779 Schrodinger Napisany 30 grudzień 2021 - 12:29

Schrodinger

  • Moderatorzy
  • 64458 Postów:

Hej Torku a grałeś w Hollow Knight? 


  • 0

#9780 xell Napisany 30 grudzień 2021 - 12:30

xell

    Shadowrunner

  • Forumowicze
  • 19004 Postów:

I to wszystko dzięki Mojemu Przyjacielowi który podpowiedział że jest taka perełka.
 

Proszę bardzo :zakochany:


  • 0